|
Archiwum
|
czwartek, 17 maja 2012
Gra
Odwiedziła mnie dawna koleżanka . Tak przejazdem na jakiś kongres w Polańczyku. Zaproponowałem Jej kolację wspominkową dawnych dobrych czasów. Jako że eskalopki jagnięce w demiglasie żurawinowym smakowały jej wybornie .a mój dyskretny urok mistrza konwersacji i domowe doskonałe wino porzeczkowe sprawiło że pękły między nami bariery dawnego niewidzenia się. Postanowiłem pójść na całość i zaproponowałem jej nieopatrznie partyjkę szachów. Ochoczo się zgodziła i wylosowała białe. Liczyłem się na jakiś krótki gambicik hetmański lub chociaż w ostateczności subtelną obronę Caro - Kann. Zaczęła od obrony sycylijskiej i szybko powstała bardzo agresywna gra z dwustronnymi roszadami w wariancie smoczym… Mikosz
wtorek, 15 maja 2012
Deszcz na stacyjce w Cisnej
Zjechałem na stacyjkę kolejki wąskotorowej w Cisnej-Majdan po chleb. Chleb który budził we mnie wspomnienia babcinych smaków młodości . Kiedyś zapytałem właścicielkę malutkiego bagażnikowego straganiku dlaczego nazywa to śpiewany chlebek. Popatrzyła na mnie z rozbawionymi oczyma - bo gdy mieszam ciasto to sobie śpiewam ,raz radośnie a raz smutno. Z radosnego śpiewania wypieka się ten jaśniejszy a ze smutnego ten popękany ciemniejszy. Obydwa w tej samej cenie gdyż jaśniejszy da Panu spokój i radość życia a drugi wspomnienia i nostalgię za niespełnionymi marzeniami . Nie wiadomo co lepsze , co kto lubi. Na stacyjkę spadł pierwszy rzęsisty deszcz tej wiosny. Nagle wyludnił stacyjkę z rozwrzeszczanych harcerzy , biznesmenów i ich rozkapryszonych rodzin ,a nawet bieszczadzkich trampów w kraciastych koszulach i dziurawych plecakach. Schowałem się do wagonika kolejki trzymając pod pachą dwa bochenki chleba jasny i ciemniejszy. Usiadłem na ławce i ułamałem kawałek tego ciemniejszego. Żułem go z rozkoszą oddając się kontemplacji w akompaniamencie kropel spadających na dach wagoniku i szumu smreków kołysanych deszczem . Zamknąłem powieki i mój świat się zwęził od rzeczy infantylnych i nieważnych , do drobnych epizodów i gestów których nigdy nie interpretowałem a teraz wydały mi się ważne. Deszcz w małych górskich osadach ma w sobie coś tajemniczego ,coś co potęguje siłę wyobraźni i prostuje sens życia. Gdy deszcz trochę ustał ,wyszedłem z wagonika i spojrzałem na peron. Stała samotnie z wielkim czarnym parasolem który otaczał ją niczym bajkowy nienaturalny nimb ,chroniąc istotę nad wyraz piękną ,kruchą i tajemniczą. Było w niej coś niepokojącego ,jakieś niezdefiniowane zło ,przed którym próbowałem kiedyś uciec. Które sprawiło mi tyle bólu i zrobiło głębokie sznyty na duszy. Odwróciłem się i zacząłem powoli iść w stronę samochodu. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Usłyszałem za sobą przyspieszony stukot szpilek … - Ja bardzo przepraszam – jedzie Pan może do Komańczy ? Jadę - zapraszam - odpowiedziałem oschle. Usiadła, wsuwając rączkę złożonego parasola , pomiędzy nogi . Krótka spódnica odsłoniła kształtne kolana . Zauważyła moje spojrzenie i filuternie spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami . Potem zaczęła szczebiotać o rzeczach tak błahych i tak nierealnych że nawet sie spostrzegłem kiedy zaczęła mówić o dojrzałych mężczyznach przy których czuje się bezpiecznie , a tak w ogóle to chciałaby poznać Bieszczady z kimś wyjątkowym takim jak na przykład ja. W plecaku miałem dwa śpiewane chlebki – jeden jasny i ten ciemny napoczęty. Długo zastanawiałem się jakim ją poczęstować. Czy brnąć nadal w to swoiste de javi . Wybrałem ten jasny. . Trochę zawiedziona wysiadała na stacji paliwowej w Komańczy .Popatrzyłem w lusterko ,machała do mnie ,uśmiechając się smutno. Gdyby wiedziała że jak mało brakowało do zasmakowania w ciemnym chlebku. Skręciłem ostro w prawo na Ustrzyki Górne . Coś jest w tym deszczu na małych górskich stacyjkach… Mikosz
czwartek, 29 marca 2012
Mizogin i szujopis Katon
Z ogólnej miernoty na blogach TWA ,wybija się kolejne „dzieło” grafomańskie Katona ,które tym razem uderza w polskie kobiety i feministki. Umieszcza je celowo i z sadyzmem w tragiczno-tajemniczej aureoli śmierci dziecka. Wszak wie że dziecko dla kobiety ma wartość bardzo osobistą i szczególną. Z tej pozycji atakuje kobiety przypisując im kryminogenność ,marność oraz lenistwo. Analizuje ,porównuje i wysnuwa wnioski. Wnioski Katona są porażające – kobieta to istota znacznie ułomniejsza od mężczyzny, zarówno fizycznie jak i umysłowo. Takie tyrady wygłaszali najwięksi mędrcy kościoła katolickiego, którymi przesiąkł na wskroś Katon. Ot Katona krynica wiedzy o kiebietach;
Wracając do Katona - porażające jest to że Katon – były ministrant i niedoszły polityk chrześcijański, fanatyk kościoła katolickiego , znany jest z nieróbstwa i zaległości alimentacyjnych . Wiedzie żywot „Ferdka Kiepskiego” który na słowa – „a w pośredniaku byłeś „ –odreagowuje notkami- przypierdalankami na swym blogu ,gdzie mieni się być Goebbelsem z retoryką faszystowsko – rasistowską z mizoginizmem w tle… Wyrachowany ,mały, podstępny szujopis… Mikosz
piątek, 23 marca 2012
Nie rzucim ziemi
Młodzież nie pławi się w historii i patriotyzmie . Nie uczestniczy w wielkiej dziękczynnej mszy narodowej za wszystkie przegrane wojny i powstania , ma w dupie to że byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa i napisaliśmy postępową Konstytucję 3 –Maja. Młodzież patrzy z politowaniem na obrońców krzyża i akademie zaczynające się Rotą i tańczeniem krakowiaka. Czasem wydaje się że te nasze msze narodowe koncelebruje sam diabeł . Groteskowo wygląda nalana frazesami gęba biskupa który koślawi rzeczywistość by polepszyć swój byt a przy okazji chce się przypodobać się swemu okrutnemu Bogu czy nawiedzonej polonistki sławiającej pod niebiosa naród polski, który wydał Szopena, Mickiewicza , Słowackiego czy Curie – Skłodowską. Biedna nie zdaje sobie sprawy że uwypukla w ten sposób swoja małostkowość , powtarzając do znudzenia że sonety, polonezy, toposy żołnierza tułacza , janko muzykańci czy łyski z pokładu idy są takie nasze, takie patriotyczne, a śmierć z Bogurodzicą na ustach jest akuratna dla Polaka patrioty. Żałosny obraz Polaka męczennika z wiecznie kwaśną miną i schizmami dziadka „na Moskala” - do niczego nam nie jest potrzebny. Takie machanie szabelką ma jedynie wzmocnić nadwątlone poczucie własnej wartości i dodawanie sobie złudnego znaczenia . Dziś młode pokolenie potrzebuje głębokiej refleksji nad narodową mitologią. Potrzeba nam głębokiego spojrzenia w przyszłość by zbudować właściwą pozycję Polski w świecie. Potrzeba nam nowego patriotyzmu który pozwoli nam żyć godnie w czasach współczesnych . Współczesny patriotyzm stawia wyzwania o wiele trudniejsze , niźli życie mrzonkami o folwarkach dziadka czy ciągłego czuwania czy aby Moskal we wsi nie stanął. Zapraszam do dyskusji, bowiem środowiska przykościelno – świętorodzinkowe oraz ciemnogrodzkie oburzają się wycofywaniem ze szkół lektur tzw. patriotycznych zastępując je uczeniem się kreatywności i radzenia sobie we współczesnym świecie.
czwartek, 22 marca 2012
Zabobony ciemnogrodzian - Czarownice
Chciałbym dziś w czasie niezwykłego rozplenienia się heretyków, kościołożerców, krzyżowstrętów i religiofobów przytoczyć prawdziwa historie pewnej kobiety która została spalona na stosie w 1701 roku. W owym czasie na Starym Rynku w Słupsku było targowisko i stara studnia z której miejscowa ludność czerpała wodę. Rynek stanowił także centrum przekazu informacji o życiu miasteczka ,oraz wszelakiego rodzaju plotek i sensacji. Jako że kmiecie byli katoliccy i bogobojni , szeptali do siebie różne historie często zmyślone ; - słyszałyście już o tym, drogie panie, że na Höhlenstraße (ul. Piekiełko) zdechły prawie wszystkie prosięta? - na przedsieniu u szewca leży wdęta krowa. Pewno już zdechła. - u Wolszatjnów przyszło na świat ciele z dwoma głowami…, To są sprawy nieczyste ,pewno sam diabeł macza w tym swe parchate palce… Do studni zbliżała się wysoka ,piękna kobieta o ognisto-rudych włosach i bladej jak śnieg twarzy. Nazywała się Trina Papisten. Przywitała się z kobietami ,nabrała wody i oddaliła się do domu Plotkujące kobiety znów się zbiły w gromadkę. Mówię Wam ! – powiedziała jedna – Ta Trina to pomiot szatana. Jej prosięta nie zdechły , a koło Jej domu czuć siarkę i coś nocami kołacze .Zobaczycie ! Jeszcze zaznamy od niej zła ,oj zaznamy!. Pewnego dnia nad Słupskiem przeszła gwałtowna burza z gradobiciem tak wielkim że najstarsi mieszkańcy miasta nie pamiętali. Zaraz potem gród nad Słupią nawiedziła nowa klęska- plaga gąsienic która ogołociła wszelkie drzewa i krzewy z liści. Bogobojni kmiecie mieli juz pewność że to sprawka szatana.Ktoś z tłumu rzucił ze Trina czaruje swymi płomienisto rudymi włosami. Diabeł wziął ją jako czarownice na piekielną służbę. Pewnego dnia przyszedł kat po Trinę i zaprowadził ją do Baszty Czarownic (Hexentrum). Wszyscy mieszkańcy odwrócili się od Triny, oskarżając ją o rzeczy tak nieprawdopodobne że zgoła śmieszne . Jedna z sąsiadek oskarżała ją o to że widziała czerwony ogon wychodzący z komina domu Triny widząc w tym ogon diabła który nocą zachodził do swej wiedzmy. Inna ujrzała dwa wielkie szczury w spiżarni a gdy spłoszone konie stratowały parobka wszyscy byli pewni że to diabeł z Triną tańcują z ciemnymi siłami. Nawet notable miejscy wskazali na Trinę jako na bezbożną wiedźmę. Po tym sędzia ponownie zapytał Trinę: . Jej mąż i dzieci przychodzili ją odwiedzać. Mąż pytał: Niestety Trina była wciąż torturowana. Pewnego dnia do jej celi przyszedł kat w swoim czerwonym stroju wraz ze swoimi pomocnikami. Założyli Trinie czarną koszulę męczennicy i wszyscy razem udali się z ciemnej piwnicy na górę Baszty Czarownic, gdzie była katownia. Tam czekali już na nich sędziowie. W katowni zapanowała atmosfera grozy. Kat patrzył na Trinę wściekłym wzrokiem i powiedział:
"Powinnaś być tu rozciągana tak długo, aż będzie przez ciebie słońce prześwitywało." Przez dłuższą chwilę Trina wytrzymywała tortury, ale kiedy kat zaczął kapać jej na ciało rozgrzany ołów nie wytrzymała bólu i zaczęła krzyczeć, żeby ją puścili, a ona przyzna się do wszystkiego, czego od niej zażądają. Zeszli, więc wszyscy do pokoju sędziowskiego. Sędzia zadawał kolejne pytania, a pisarz zapisywał wszystko gęsim piórem. Trina zeznała: Sędzia zapytał się Triny czy uczestniczyła w sabacie czarownic na Blocksberg. Trina przez chwilę musiała się zastanowić, by wymyślić wszystko to, co sędziowie chcieliby usłyszeć. Po namyśle Trina odpowiedziała: "Tak, my wiedźmy miałyśmy przed dwoma miesiącami sabat na Blocksberg. Zabrałam ze sobą widły posmarowane gęsim smalcem, pół bochenka chleba oraz związanego barana i poleciałam na Blocksberg na miotle. Było tam wiele wiedźm oraz diabłów. Wszyscy oni zachowywali się bardzo spokojnie, a najważniejszy z diabłów był łudząco podobny do pana sędziego. Potem wszyscy zaczęliśmy biesiadę, po czym chwyciliśmy długą linę z ludzkich włosów i zatańczyliśmy rondo. Dzięki temu wyszło nam, że ten rok nie będzie zbyt pomyślny dla wiedźm. Teraz już wyznałam wszystkie swoje winy. Teraz proszę was już tylko o to żeby kat szybko mnie ściął i żeby to skróciło moje męki." I mądrzy sędziowie uwierzyli kobiecie, długo zastanawiali się nad wyrokiem. W końcu orzekli, że jako bezbożna wiedźma powinna zostać żywcem spalona na stosie. Dwa dni później wokoło Baszty Czarownic zebrało się wielu zaciekawionych mieszkańców miasta - mężczyzn, kobiet i dzieci. Niektórzy z nich witali się tymi słowami: "Ach dzień dobry sąsiedzie. Też chcecie zobaczyć jak nasza słupska wiedźma będzie pieczona?" W odpowiedzi często słychać było: "Ależ owszem sąsiedzie. Chciałbym trochę popiołu po jej spaleniu dostać, bo ponoć jest to świetne lekarstwo na łamanie w kościach."
środa, 21 marca 2012
Przywrócić Inkwizycję - Boni na stos !!
U ciemnogrodzian na blogach czuć siarką i diabłem, który jakoby na nowo odzyskał siły , wyskoczył dziarsko ze starej wierzby i czyni moc zła. A to namawia do likwidacji funduszu kościelnego a to wygania religię ze szkół , a to tratuje spłoszonymi końmi naszych biznesmenów na rozstajach dróg. Jakby tego było mało ów diabeł organizuje lewicowe manify ,asymiluje wokół siebie kościołożerców, krzyżowstrętów oraz religiofobów. Zebrany naprędce w refletarzu Katona Najpobożniejszego synod ciemnogrodzian TWA,dając odpór bezbożnemu wstecznictwu i heteryzmowi uchwalił co następuje; I. Przywrócić sprawdzone narzędzia do tępienia pomiotów szatana;
Krzesło czarownic
Krzesło inkwizytorskie, częściej nazywane krzesłem czarownic, było bardzo cenionym środkiem do łamania woli uparcie milczących kobiet, oskarżanych o uprawianie czarów. Sprzęt ten, jakkolwiek dość rozpowszechniony, używany był szczególnie przez inkwizytorów w Austrii. Krzesła miały różne wymiary, kształty i fantastyczne odmiany, wszystkie jednak były wyposażone w kolce i zapięcia do utrzymywania ofiary w bezruchu, w szczególnych zaś odmianach posiadały również siedzenia z żelaza, umożliwiające rozgrzewanie do czerwoności. Po uzyskaniu informacji podczas przesłuchania - z użyciem tego narzędzia - mogło być ono (przesłuchanie) przedłużone, by przemienić się w ten sposób w prawdziwą i właściwą karę główną. W 1693r., w Gutenhag (Austria) odbył się proces przeciwko 57-letniej Marii Wukinetz oskarżanej o uprawianie czarów, któremu przewodniczył sędzia Wolf von Lapertish. Kobietę tę trzymano na krześle 11 dni i nocy bez przerwy i w tym czasie przypalano jej stopy za pomocą rozżarzonej płyty zwanej Insletplaster. Doprowadzona bólem do szaleństwa Maria Wukinetz zmarła, nie przyznając się do stawianych jej zarzutów.
Suknie pokutniczeUbiory pokutnicze to przykład tortury typu psychicznego, nie zaś fizycznego. Dla sprawców lekkich, pospolitych przestępstw stanowiła ona karę finalną. Mowa tu o ubiorach ze zgrzebnego płótna, oznaczonych jednym bądź paroma czerwonymi krzyżami. Suknie te skazańcy musieli wdziewać i nosić przez pewien określony czas, stojąc w kruchcie kościelnej po Mszy św., lub uczestnicząc w pielgrzymkach do słynnych sanktuariów, bądź po prostu biorąc udział w oficjalnych ceremoniach. Proszono wówczas grzeszników, by uroczyście wyrzekli się swoich grzechów i odnowili swą wiarę w Boga. Częstokroć podczas takiej uroczystości zakładano na szatę ciężki różaniec z kamieni lub żelaza. Zupełnie odmienne były suknie zakładane skazanym na śmierć. Zmuszano ich do wyrażenia żalu poprzez włożenie sukni podczas ogłaszania wyroku. Sama zaś suknia "przyozdobiona" bywała rysunkami przedstawiającymi stosy, symbole demoniczne czy sceny domniemanych przestępstw. Używanie sukni pokutniczych, mitr czy różańców było bardzo powszechne, szczególnie w Hiszpanii, gdzie główne egzekucje poprzedzane były pompatyczną, oficjalną ceremonią, zwaną autodafe\. Podczas takiej uroczystej ceremonii tłum asystował przy ubieraniu skazańców w rytualne szaty zwane "sanbenitos". Skazańcy, podzieleni według ciężaru swoich win przechodzili następnie szpalerem pośród tłumów. Ten żałosny orszak otwierali przedstawiciele Kościoła, co nadawało mu charakter oficjalny Trybunału Inkwizycyjnego. Po nich postępowały straże pilnujące skazanych, a w końcu oni sami, podzieleni według ciężaru swoich win: na początku ci, którzy uznani zostali winnymi lekkich przestępstw (musieli "jedynie" uroczyście oczyszczać się ze swych błędów), po nich - skazani na kary nie główne (zazwyczaj były to różne okaleczenia: obcięcie członków, wyłupienie oczu), na końcu zaś ci, którzy na mocy wyroku śmierci zostali oddani "świeckiemu ramieniu" do wykonania tego wyroku. W pochodzie tym niesiono także wizerunki tych, którzy zbiegli spod władzy Inkwizycji, a skazani zostali zaocznie. Znaczące jest, że z okazji takich ceremonii Kościół częstokroć udzielał 40-dniowego odpustu tym wszystkim, którzy brali w nim aktywny udział. Należy zauważyć, że i bez tej "zachęty" tłumy uczestników były zawsze ogromne.
Maska-język i Krzyż modlitewny
Maska-język - "Maski niesławy" nakazywano nosić publicznie całymi dniami, by demonstrować tym samym społeczności, że winny płaci za swoje przewinienia. Były często bogate w swej formie, a sposób ich wykonania zależał od fantazji miejscowego kowala. Trudno jest określić, czy swym kształtem nawiązywały do rodzaju winy. Ta prosta maska była prawdopodobnie stosowana wobec nadużywających przekleństw, w każdym razie w stosunku do osób nie umiejących "trzymać języka na wodzy". Krzyż modlitewny - Okrutne narzędzie służące do unieruchamiania przestępcy w pozycji "na krzyżu". Pochodzi z przełomu XVI i XVIIw. i wymyślone zostało najprawdopodobniej w Austrii, co wnioskuje się na podstawie zapisu w dziele: "Justiz in alter Zeit" (Sprawiedliwość w czasach dawnych) z Muzeum Kryminalistyki w Rothenburgu ob der Tauber (Niemcy). Jego autor - jeden z bardziej obznajomionych z problematyką - wzmiankował o podobnym egzemplarzu, znajdującym się w wieży zamkowej w Salzburgu, w Austrii.
Próba wagiPróba ta opierała się na przekonaniu, że uczniowie szatana są dużo lżejsi, niż by to wynikało z ich budowy fizycznej. Próby takie były dokonywane w całej Europie, ale w dwóch krajach uciekano się do nich najczęściej i na nich polegano najbardziej: działo się tak w Belgii i Holandii (Niderlandy). Zasadnicze postępowanie rytualne było takie: podejrzaną o czary rozbierano z szat i dokładnie rewidowano, czy aby nie ukryła żadnego ciężaru. Następnie z pomocą urzędowej tabeli oceniano - na podstawie typu korporatury - wagę osoby. Później sprawdzano właściwą i prawdziwą wagę ciała. Jeśli wynik ważenia był zdecydowanie niższy od ustalonego na podstawie tabeli, oskarżona była skazywana na przesłuchanie w sali tortur, gdzie z reguły wyznawała wszystkie swe zbrodnie, dokonane w zmowie z diabłem. W przypadku zaś bardzo wysokich wskazań wagi, śledztwo mogło być automatycznie umorzone, bez dalszej weryfikacji faktów. Oczywiście istniało wiele sposobów interpretacji wyników. Zwykle to sędzia śledczy decydował, czy różnica pomiędzy ciężarem otrzymanym w wyniku ważenia a przewidzianym jest taka, że pozwala na podejrzewanie badanej o praktyki demoniczne. W kilku przypadkach, gdy dla jakiegoś powodu próbowano pomóc podejrzanej, ciężar ciała ustalano nie na podstawie tabel, lecz osobę taką ważono, kładąc na drugiej szali Biblię. Oczywiście bardzo trudno było znaleźć osobę, która ważyłaby mniej niż Księga, nawet jeśli ta była olbrzymia. W Oudwater, w Holandii, w wieku XVIII istniał specjalnie ustanowiony urząd zajmujący się ustalaniem ciężaru osób podejrzanych o czary. Wielu ludzi, zwłaszcza tych wyglądających na szczupłych, ochoczo akceptowało werdykt. Jeśli był on negatywny (tj. wskazanie pozwalało odrzucić; posądzenie o czary), wydawano specjalne zaświadczenie, które mogło w jakimś momencie okazać się przydatne. Usługa taka kosztowała 4 floreny i 10 groszy. Z powodu niewydolności urzędu - a takich, co chcieli uniknąć oskarżenia było wielu - kolejka chętnych do próby wagi była nie do obsłużenia. I tak przez długi czas odbywały się do owej miejscowości prawdziwe pielgrzymki osób z pobliskich regionów katolickich. Ludzie ci, chcąc ocalić życie swoje i swojej rodziny, ubiegali się o oficjalne zaświadczenie o swym ciężarze.
Stół
Podejrzany był umieszczany na nim w taki sposób, by uniemożliwić mu jakikolwiek ruch. Przesłuchujący dysponowali licznymi przyrządami, mogącymi utrzymywać związaną ofiarę, podczas gdy oprawca stosował różnorakie środki "perswazji" mające nakłonić daną osobę do złożenia zeznań. Ten model, używany w Toskanii, (Włochy), utrzymywał unieruchomione nogi w pozycji połowicznego rozwarcia, co dawało dostęp do krocza ofiary.
StosDla skazanych za czary istniała tylko jedna kara uznawana za najwłaściwszą: najwyższy, oczyszczający i ostateczny stos. Jest absolutnie niemożliwe ustalić właściwą ilość osób oskarżonych o czary, które zginęły zgładzone w tak okrutny sposób. Różne hipotezy stawiane przez badaczy problemu są zbyt dalekie jedna od drugiej, by pokusić się o podanie danych realnych. Wychodzi się od szacunków opiewających na 70.000 ofiar, a dochodzi się do 9,5 milionów (!). Takie rozbieżności rodzą się z faktu, że każda kalkulacja może być tylko szczątkowa, jak szczątkowe są dane, którymi się dysponuje. Dostępne bowiem dokumenty procesowe, do których można się odwołać, są jedynie ułamkiem tego, co zostało zniszczone. Na ilustracji historycznej dotyczącej słynnego stosu Urbana Grandiera, wybitnego duchownego osądzonego 18 sierpnia 1633r. w Louden, we Francji, oskarżonego o przyczynienie się do opętania przez diabła całego klasztoru urszulanek, widzimy postać księdza siedzącego na krześle pośrodku stosu drewna. Inne ilustracje ukazują skazańca przywiązanego do krzyża górującego nad stosem. W Anglii zazwyczaj pokrywano ubranie i ciało skazańca smołą, by łatwiej się paliły. Najpoważniejszą zaś odmianą, która mogą być stosowana, było wykonywanie wyroku na żywej, bądź martwej osobie. Okazaniem wielkoduszności była decyzja sędziów o skazaniu na stos poprzedzonym ścięciem lub uduszeniem ofiary. Tę szczególną łaskawość okazywano tym grzesznikom, którzy wyrazili szczery i głęboki żal za swe zbrodnie. Wydaje się ponad to, iż niektórzy kaci z własnej dobrej woli podejmowali decyzję o uduszeniu ofiary przed podłożeniem ognia. Jednak z powodu braku zarówno liczb, jak i dokumentów można co do tego mniej lub bardziej trafnie spekulować. Jakakolwiek by nie była rzeczywista liczba spalonych na stosie, nic nie zmniejsza wymowy tego tak często występującego fenomenu. Istniały różne typy, systemy i techniki stosowane w wykonywaniu kary stosu w zależności od kraju. Ten najbardziej widowiskowy, a w rzeczywistości najrzadziej stosowany, polegał na wiązaniu skazańca do pala zatkniętego ponad stosem drewna i chrustu, dobrze widocznego dla tłumu. Metoda najbardziej powszechna polegała na postawieniu ||grzesznika|| w dole stosu i obłożeniu go wiązkami drewna dookoła. Pozostawiano jedynie wąskie przejście dla kata podkładającego ogień;. W każdym przypadku różnorakie warianty były stosowane w zależności od fantazji sędziów orzekających karę główną.
Dyby drwin i pośmiewiska
Umieszczano je na rynkach i w pobliżu bram miejskich. Były narzędziem uznawanym za "obowiązkowe" we wszystkich regionach Europy w dobie średniowiecza (podobnie jak pręgierze i maski hańby) i stanowiły część całej serii instrumentów do wymierzania kar cielesnych, będących napomnieniem oraz przestrogą dla winnego, a odstraszającym przykładem dla innych. Nie służyły zadawaniu bólu, lecz broniły społeczność przed wybrykami ekstremalnych jednostek. Dyby te były przeznaczone dla oszustów, złodziei, pijaków, kłótliwych kobiet. Uznawano je za karę lekką, często jednak stawały się prawdziwą torturą, kiedy ofiarę - z unieruchomionymi w klocach rękoma i szyją - obijano kijami, policzkowano, obrzucano kamieniami i pecynami błota, oblewano wrzątkiem, a częstokroć i okaleczano. Również łaskotanie skazanego mogło tę "łagodną" karę przemienić w okrutną i nieznośną torturę. W tym względzie granica pomiędzy wymogami porządku publicznego a skłonnościami sadystycznymi ludzi średniowiecza pozostawała płynna.
Rozszarpywanie piersiXV wiek był okresem, w którym - być może - czarownice i czarna magia były modne. Wierzenia ludzi w ich istnienie były bardzo powszechne, handel świętymi olejami, prochami, konsekrowanymi hostiami, trupią krwią, sadłem nietoperzy i tym podobnymi rzeczami do celebrowania czarnych mszy i innych okropnych ceremonii był na porządku dziennym. Wszystkie czarownice i czarownicy byli traktowani na równi z heretykami i taktyka walki z herezją - do końca - została przeniesiona na grunt walki z czarną magią. Typy narzędzi, używanych przeciw czarownicom i heretykom, były niezliczone, lecz najchętniej posługiwano się najprostszymi: przypalaniem ogniem czy żelazem, które uznawano za najskuteczniejsze w walce ze złem. Rozszarpywanie piersi stanowiło część takich właśnie praktyk: po rozgrzaniu do czerwoności czterech końców cęgów, kat wyszarpywał nimi ciało z piersi. W kilku regionach Francji i Niemiec aż do XVIII wieku narzędzie to nosiło nazwę "tarantuli" bądź "hiszpańskiego pająka" i rozszarpywano nim piersi niezamężnym matkom oraz winnym wywołania sztucznego poronienia.
Rozżarzone cęgi i szczypceCęgi, szczypce i nożyce (używane przede wszystkim rozżarzone) stanowiły podstawowe wyposażenie każdego oprawcy. Cęgów, wchodzących w skład narzędzi rzemieślniczych, używano głównie do wyrywania nosa i sutków. Szczypców zaś - o rurkowatym kształcie - używano do wyrywania bądź wyłamywania palców rąk i nóg lub do wyrywania penisa. Mężczyźni byli w tym względzie uprzywilejowani, gdyż ich genitalia cieszyły się pewnego rodzaju "nietykalnością", opartą na cichej zgodzie obowiązującej przez wieki, nawet, jeśli przypadki kastracji, ucięcia penisa bądź całych genitaliów zdarzały się dość często (członki te oczywiście palono wraz z ofiarą). Były to jednak okaleczenia, których dokonywano nie z powodu gwałtów, lecz z powodu konspirowania i zbrodni obrazy majestatu. Gwałt pozamałżeński karano bardzo opornie i sytuacja w tym względzie niewiele się do dziś zmieniła: w małżeństwie zaś usprawiedliwiano go od zawsze - prawem do ciała partnera.
Gruszka doustna, doodbytnicza i dopochwowa
Karę gruszki doustnej wymierzano najczęściej heretyckim kaznodziejom, bluźniercom i osobom świeckim wyrażającym buntownicze poglądy. Gruszkę zaś dopochwową - trochę większych rozmiarów, lecz działającą w ten sam sposób - przeznaczono do karania kobiet oskarżanych o współżycie z diabłem lub jego uczniami. I wreszcie gruszka doodbytnicza przeznaczona była dla winnych sodomii, zwłaszcza homoseksualistów pasywnych. Narzędzie to wpychano na siłę do ust, odbytu lub pochwy ofiary i za pomocą śruby rozszerzano, aż do rozerwania stosownej części ciała. Ostrza, które wystawały z trzech elementów tego okrutnego narzędzia, służyły do lepszego rozrywania jamy ustnej, odbytnicy bądź; wnętrza pochwy.
PróbyPoprzez stosowanie tych prób jakby stawiano oskarżonego bezpośrednio przed sądem Bożym, stosując różnorakie określone badania, po przebiegu których oczekiwano rozstrzygającej odpowiedzi o winie, bądź niewinności oskarżonego. Życie wiarą było bezwarunkowe i powszechne, i w przypadku wątpliwości co do winy utrzymywano, że Bóg ||in extremis|| (w nadzwyczajnych wypadkach) dokona cudu i nie dopuści do skazania niewinnego. Oto w zarysie, na jakich podstawach pewności opierał się system sprawiedliwości, pozbawiony jakiegokolwiek logicznego fundamentu. Wśród wielu prób stosowanych wobec czarownic były np. próby stosu i rozgrzanego żelaza. Pierwsza z nich polegała na przeprowadzaniu podejrzanej o czary pomiędzy dwoma wysokimi, płonącymi stosami drewna, bądź na zmuszaniu jej do przejścia choćby kilku kroków po rozżarzonych węglach w drugiej zaś ofiara musiała trzymać; w rękach rozgrzany do czerwoności pręt. W obu przytaczanych przypadkach o niewinności wnioskowało się po braku śladów oparzeń.
Próba gorącej wodyPróba ta była jedną z praktyk częściej stosowanych ze względu na łatwość przeprowadzania i zbędność szczególnych narzędzi i czynności. Oskarżona o czary musiała wydobyć z dna kotła z wrzącą wodą bądź olejem przedmiot (zazwyczaj był to kamień lub kawałek metalu) wrzucony tam przez sędziego śledczego - inkwizytora. Niewinność rozpoznawano po braku dolegliwości i śladów oparzeń.
Próba zimnej wody lub pławienie czarownicByła to próba, którą stosowano do ustalenia winy podejrzanych o czary. Liczba osób, które oskarżono i spalono w wyniku poddania takiej próbie jest imponująca. Obwinionej wiązano sznurem ręce i stopy razem, i tak wrzucano do wody. Gdy się topiła - była oczyszczona z zarzutów, gdy zaś pływała - uznawano ją za winną i sądzono. Wytłumaczenie tak absurdalnej interpretacji wyników wywodziło się z dwóch różnych od siebie sposobów myślenia. Pierwszy zakładał, iż czarownice nie toną z powodu tajemniczej siły, nabytej od diabła, który je wyposażył w naturę lżejszą (zastosowanie tej teorii znajdujemy także przy próbie wagi). Drugi zakładał, że woda - element natury uznawany za pochodzący od Stwórcy - dzięki swej czystości wypycha nieludzką, opanowaną przez demona naturę wiedźm, uniemożliwiając ich pogrążanie się w wodzie. W rezultacie tak dokonanej próby ci, którzy tonęli (w efekcie uznani za niewinnych), a zazwyczaj nie umiejący pływać, nie wykonywali tych małych automatycznych ruchów, pozwalających na utrzymanie się na powierzchni wody, bądź tonęli z powodu opieszałości osób mających je wyciągnąć. W Szkocji próba ta była tak rozpowszechniona, że jedna z części zatoki Świętego Andrzeja, gdzie dokonywano tych okrutnych czynności nosi do dziś nazwę ||Witch Pool||, co oznacza - ||Kałuża Wiedźm||. W roku 1594 pewien trybunał holenderski interpelował do wydziału medycyny Uniwersytetu w Liege prosząc o naukową opinię w sprawie próby wody. Odpowiedź ekspertów zakwestionowała wiarygodność tej próby, gdyż pływanie po powierzchni mogłoby być; wywołane normalnymi czynnikami fizycznymi, bądź wodnymi. W Rumunii, w Kreutz w roku 1699 oskarżono pewną kobietę o wywoływanie chorób u bydła za pomocą czarów. Poddana próbie wody unosiła się po powierzchni i 1 września roku następnego została ścięta i spalona na stosie. W 1775r. na Węgrzech - podczas długotrwałej suszy - obawiano się, że dzieje się tak za sprawą szatana. Proboszcz z podkarpackiej wsi poddał próbie wody wszystkie staruszki z okolicy w wodach rzeki Waag. Jedna z nich na nieszczęście nie tonęła. W następstwie torturowania przez obdzieranie ze skóry przyznała się do skutecznego przeciwdziałania opadom i została osądzona. Praktyka takich prób przetrwała aż do XIXw. i znane są takie przypadki z roku 1837 (z Gdańska) oraz z roku 1857 (z Hercegowiny). Wiele osób poddawało się spontanicznie tej próbie, by zrzucić; z siebie ewentualne podejrzenie o czary i zrehabilitować; się w oczach opinii publicznej. Najciekawsze, że wielu z nich poddając się takiej próbie nie tonęło!
Piętnowanie
Wykroczenia szczególnej wagi karane były dodatkowo wypalaniem na ciele winnego znaków informujących o poniesionej karze i pozostających na nim do końca jego życia.
Widełki heretykówNarzędzie to, solidnie umocowane na szyi ofiary za pomocą mocnej skórzanej opaski, wywoływało silne bóle powodowane bezpośrednio przez cztery ostrza wbijające się w podbródek i tors torturowanego przy każdym jego poruszeniu się. Pozwalało to na szybkie uzyskanie przyznania się do winy. Ten typ widełek używany był najczęściej przy przesłuchiwaniu osób podejrzanych o herezję, czary, czy też pospolite przestępstwa. cdn. Mikosz - diabeł wcielony
środa, 14 marca 2012
Manifa w/g TWA z kobietą katoliczką w tle
Według tradycji kościoła kobieta jest istota przyporządkowaną mężczyźnie,pełni rolę rozrodczo -kulinarno - administracyjną i nierzadko stanowi jeszcze narzędzie szatana. W/g Piusa XII (1939-1956) pozostawał i pozostaje do tej pory w mocy przepis kościelny stanowiący: "Kobiecie pod żadnym warunkiem nie wolno zbliżać się do ołtarza, a uczestnicząc w nabożeństwie, winna zachować stosowną odległość "
Środowisko TWA potępiło w czambuł feministyczną Manifę . Kacio przyrównał kondoma do symboliki sowieckiej rewolucji oraz nazistowskich parad oraz stwierdził że każda feministka zamykając swą cipkę na prokreację to suka jest. Katon dał do zrozumienia że pałace biskupie absolutnie nie nadają się na żłobki i przedszkola ze względu na daleko posunięte ubóstwo w tych walących się przybytkach. Dodał ze odcięcie pępowiny od KK miało by katastrofalne skutki dla prawdziwych matek Polek , które żyją tylko po to by rodzić dzieci, wychowują je ,dbają o ognisko domowe i nabożnie słuchają instrukcji kościoła. Ponadto opierdolił wszystkie feministki z manify że zamiast iść do kościoła to się zajmują duperelami. Zawtórowała mu srucia która napisała że jako wzorowa i spełniona matka polka nie czuje się dyskryminowana a jeśli już to przez swego ukochanego Pokera który molestuję ją niemiłosiernie na Ambajach ale ona na to pozwala bo lubi . W ogóle ją wkurwia że grupka rozkrzyczanych kobiet przeszkadza jej w słuchaniu piosenek w samochodzie, a nawet rozkojarzona mogła by wjechać w słup przydrożny ,podzielając los Katona. W ogóle te manifestacje feministyczne są dla niej irracjonalne skoro ona ma najukochańszego przy sobie , dziecko odchowane oraz pracuje i dobrze zarabia. Maxcwel pomylił manifę z paradą równości doszukując się wrzasku nieokreślonych płciowo paranoików "co drą ryja na ulicy ". Zachęcił wszystkich protestujących do oczyszczenia się poezją Herberta . Maxcwel widzi feministkę jako brzydką dziewczynę o czerwonych rękach, ubraną przez diabła w leninowską kurtkę który wyprowadził ich na ulice. Ugoldenbrown – z nostalgią wspomina manify w Łodzi gdzie chude z wycieńczenia kobiety manifestowały z kościami o mięso i miały w dupie jakieś kondomy, równości i inne pierdolety. Teraz widzi grube brzydkie babska które się jej kojarzą z nieżyjąca Danutą Rinn… Światły Caddicus mało nie pękł ze śmiechu patrząc na wojujące feministki i porównał ich zachowania do postępowania swej żony względem swojej osoby. Wyszło na to ze caddicus robi za współczesnego Felicjana Dulskiego.
Nie jestem zwolennikiem skrajnego feminizmu ,jednak akurat te hasła odbytej Manify popieram w całości. Czy uwierzycie że na imieniny do biskupa zjeżdżają pod pałac służbowe limuzyny wysokich urzędników, polityków rządzącej partii oraz dyrektorów i prezesów dużych firm państwowych i każdy z osobna po odczekaniu w kolejce podchodzi ,klęka i całuje w pierścień biskupi. Sam byłem świadkiem jak Dyrektor dużego przedsiębiorstwa skarżył się że musiał czekać na audiencję kilka godzin jak sztubak… Odciąć tą pępowinę jak najszybciej bo skojarzenia są oczywiste.
czwartek, 08 marca 2012
piątek, 02 marca 2012
Antysemityzm katolika Katona z denuncjacią w tle
Kara za śmierć Jezusa na Żydach dokonana "Żydzi nie uznali Pana naszego, nie możemy uznać Żydów" św. Pius X "Cierpienia najdawniejszych chrześcijan wydają się błahostką w porównaniu z martyrologią Żydów, tym bardziej, że ci ostatni, zgoła przeciwnie niż tamci, prawie nigdy nie ratowali się odstępstwem od wiary (...) Czy w roku 1938, w noc kryształową,gdy w Niemczech podpalono 191 synagog, a 76 dalszych zdemolowano, ktokolwiek przypomniał sobie, że pierwszymi podpalaczami synagog byli biskupi i święci Kościoła katolickiego? Czy wówczas, gdy Hitlerowcy wprowadzili gwiazdę Dawida jako obowiązkowy znak dla Żydów, gdy zaczęli ich ograbiać, eliminować, zagazowywać, przypomniano sobie, iż wyróżniającą odzież narzucili Żydom już średniowieczni chrześcijanie, iż to oni pozbawiali Żydów mienia, wypędzali ich z wielu wspólnot i krajów, skupiali ich w gettach i mordowali ich, a ofiary liczyło się w setkach tysięcy?" Deschner Od początku chrześcijanie patrzyli na wszystkich Żydów jak na odszczepieńców, umyślnie ślepych, zabójców Chrystusa, odrzuconych przez Boga, narażonych na Jego gniew i, co najokrutniejsze, pozbawionych przebaczenia. Św. Jan Chryzostom, mówiąc za wielu ojców Kościoła, nazywał synagogę domem publicznym i teatrem, jaskinią zbójców, legowiskiem dzikich zwierząt. Żydzi nie byli lepsi od świń czy kozłów. Jad taki jak ten doprowadził do wzmożonych nawróceń Żydów (jeszcze Pius IX siłą nawracał Żydów na wiarę katolicką — przyp.), prześladowań, pogromów, mordowania tysięcy. W 1215 r. Innocenty III wydał dekret nakazujący Żydom noszenie wyróżniającego stroju i pozostawanie niezauważalnymi w okresie Wielkiego Tygodnia. Paweł IV (1555-9) wynalazł pojęcie getta. Święta Inkwizycja publicznie paliła żydowskie książki łącznie z Talmudem. Wiek za wiekiem Żydów ośmieszano, twierdząc że wydzielają diaboliczny smród, foetor judaicus. Byli pozbawieni możliwości wszelkich normalnych sposobów zarabiania na życie, zmuszani do zajmowania się lichwą, zajęciem zbyt nikczemnym dla chrześcijanina, za co potem wieszano na nich psy. Bywały okresy podczas wojen krzyżowych czy czarnej zarazy, gdy całe ośrodki żydowskie były niszczone, a ludzi wyrzynano tysiącami lub zsyłano na tułaczkę. Jednym zdaniem chrześcijanie byli prekursorami nazistów; to papieże podsunęli Hitlerowi niektóre z jego najlepszych pomysłów. A cała rzecz była drobiazgowo przygotowana w samych Ewangeliach." (Peter de Rosa ) Dziś honorem dla „prawdziwego polaka „ (tego od obrony krzyża ) czy środowiska radiomaryjnego Rydzyka jest Żydów nienawidzić. Uzurpowano sobie (tutaj- http://katonisliwka.wordpress.com/) prawo do oszczerczych komentarzy ,niewybrednych żartów ,pomniejszania holokaustu ,gloryfikowanie faszyzmu – a wszystko to za zawoalowaną katolicką bigoterią uprawianą przez Katona Najmłodszego i jego młota na murzynów i Żydów - kronikarza oraz wielkiego fana Hitlera – Inspektora Leśnego. Po serii oszczerczych felietonów w kwestii żydowskiej ,żarliwa dyskusja o podłości żydów przeszła w histeryczny jazgot . Nie wytrzymałem i pod przybranym nickiem napisałem kilka komentarzy z dość luźnej formie by idiotów ostudzić. Niestety idiota zachował się jak na idiotę przystało – Katon ujawnił mój numer IP oraz numer e-mail czym dopuścił się przestępstwa (złamanie ustawy o Ochronie Danych Osobowych ) oraz popełnił może większe wykroczenie a mianowicie sprzeniewierzył się najważniejszym zasadom blogera - podpierdolił komentujących. Zapewne podpierdalanie ma we krwi bowiem pokalał swoje gniazdo i kala je nadal strasząc mnie o ujawnienie moich danych adresowych i miejsca pracy. Usłużny przydupas Maxcwel służył nawet moim numerem telefonu który zapewne ujawniła mu srucia . Moje stanowisko i podjęte kroki znasz Katonie – uczyniłem to we wczorajszym komentarzu ,który skrzętnie schowałeś tchórzu. ... PS. Oskarżam Katona Najmłodszego o zbrodnie szerzenia nienawiści pomiędzy ludzmi w formie dzielenia Polaków na dobrych i złych , gloryfikowanie antysemityzmu, faszyzmu, rasizmu , oraz najpodlejszej formy podpierdalania w necie - ujawnienia danych osobowych internautów. Mikosz
wtorek, 28 lutego 2012
Rozterki katolika Marcela
Marcel przyniósł whyski i udawany dobry humor. Odkąd znałem Marcela zawsze cos udawał i nie był do końca szczery. - Dziś pijemy Jacka Danielsa Miki. Nic nie mów – wiem że lubisz. Milczę – odpowiedziałem – kładąc na stoliku dwie grube szklanki i lód – chciałem tylko powiedzieć że ta cała whyski jest trochę przereklamowana i przysłoniła inne wyborne trunki np. bimber na dereniu … Marcel zmrużył oczy - wiem Miki ze lubisz leśne klimaty, ale musisz polubić to co piją biznesmeni, inaczej uznają cię za dziwaka i sam wiesz - dupa blada. Wypiliśmy po łyku. Przyjrzałem się Marcelowi . Był ubrany w drogi garnitur z nienagannie dobranym krawatem do łososiowej koszuli na której dyskretnie wyszyto logo prestiżowego klubu bogatych bufonów. Złoty Patek błyszczał nowobogacko i bezczelnie na nadgarstku ,a sygnet inkrustowany czarnym onyksem dopełniał statusu jego posiadacza. Marcel miał takie przyzwyczajenie że stukał tym sygnetem w szklankę gdy chciał coś powiedzieć Wiesz Miki… mam do Ciebie prośbę – powiedział zakłopotany – ale najpierw wypijmy Wiesz ze mam firmę ,córkę i dom – mówił z dziwnym u niego patosem. Nie chce tego stracić – rozumiesz?! Długo myślałem nad przyjściem do Ciebie i gdybyś nie był mi przyjacielem... Tu Marcel zawiesił głos …no kurwa waham się.! Napijmy się jeszcze – to nie jest łatwe . Marcel ale Ty nie lubisz banalnych wyzwań – odpowiedziałem prowokacyjnie. Wiesz Miki gdybym nie miał u Ciebie długu wdzięczności za uratowanie mi życia to bym pierdolił sumienie i konwenanse o przyjaźni !! – odpowiedział lekko zdenerwowany Marcel Nie nakręcaj się Marcel – uciąłem stanowczo – i nie pij tyle bo pomyślę że ważne decyzje podejmujesz na miękkim dysku. Kiedy ta whyski jest naprawdę dobra a mój problem duży – mówił Marcel – ech kiedyś wystarczył łyk bimbru, ciupnął człowiek panienkę a rano problemy ulatywały jak skowronki po polu. Marcel spojrzał na mnie jakby się czegoś obawiał ,poprawił się w fotelu i lekko nachylony do przodu cicho zaczął mówić…. Wiesz Miki że owego czasu miałem zasrany żywot . Ni to rewolucjonista, ni to komunista…obserwowałem czyja opcja zwycięży. No i zwyciężyła „Solidarność”. Wtedy kurwa zostałem żarliwym katolikiem. W jednej tyskiej parafii jakiś pułkownik SB załatwił mi pracę kościelnego. Odbywały się tam spotkania solidaruchów i hierarchów kościoła. Z początku odnosili się do mnie nieufnie lecz po rekomendacji proboszcza ,pozwolono mi usługiwać do stołu. Przez stół proboszcza przewijali się różni ludzie. Od I sekretarzy komitetów wojewódzkich, oficerów SB, tajniaków , cinkciarzy , prezesów szemranych spółek polonijnych, dyrektorów banków ,prokuratorów ,policjantów i aktywistów robotniczych oraz zwykłych bigotów i żarliwych parafian. Widziałem jak proboszcz kropił dobre interesy, zwykłe szmuglerstwa i przekręty. Z tego kropidła święcona woda w cudowny sposób zamieniała się w dolary, marki i złoto. Dla każdego dobrodziej miał miły uśmiech i życzliwość . Któregoś dnia zaprosił mnie do swego biura. Siedział niczym inkwizytor za wielkim hebanowym biurkiem . Sprawnie odciął gilotynką końcówkę cygara i zapalił . Nadymając grube wargi wypuszczał kłęby jasnobłękitnego dymu . Marcelu ile Ty już u nas jesteś ? – zapytał No będzie piąty rok – odpowiedziałem pełen obaw. Otóż to! – jak był zwykł mawiać proboszcz. Otóż to ! Marcelu. Mamy pełne zaufanie do Ciebie . Czasy są niespokojne. Komuna podnosi łeb i niczym hydra się odradza. Musimy ją zniszczyć by wolni ludzie mogli bez ograniczeń kochać Boga … prawda Marcelu? No prawda ekscelencjo – wyrwało mi się Proboszcz mile połechtany w swoje superego podszedł do wiktoriańskiej komódki i wyciągnął z szuflady starą sporą walizkę. Zawieziesz to Marcelu do Pana Silvermanna w Zurichu . Adres masz na karteczce którą po przeczytaniu zaraz zniszczysz. Pan Silvermann się Tobą zaopiekuje i przeczekasz tam .Paszport, pieniądze i dalsze instrukcje dotyczące szczegółów przejazdu otrzymasz od taksówkarza który za chwile przyjedzie. Masz 15 minut na ubranie się . I jeszcze jedno – pod żadnym pozorem nie zaglądaj do walizki. Z Bogiem….. *** cdn Fragment opowiadania – „Rozterki katolika Marcela”
Mikosz
|